piątek, 20 maja 2016

..Scotland!! take two, action!!

Początki tej wyprawy sięgają zeszłej jesieni, kiedy technika była nieco odmiennego zdania w kwestii, czy tam w ogóle dojadę. A używając mniej literackiego języka - zesrał się regulator napięcia i nie pojechałem. Potem musiałem naprawić motor i już nie miałem ani kasy, ani czasu.

Tym razem miało być inaczej.
Motor - sprawny.
Kasa - jest.
Czas - jest.
Szanse na dobrą pogodę - marne, ale są.

Pomysł był taki - jechać sobie powolutku przez Walię, potem do Szkocji, a w drodze powrotnej ogień do domu po autostradach.

No to jadę sobie powoli przez tą Walię.

Tak wyglądało miejsce pierwszego walijskiego noclegu:

A oto są walijskie owieczki, proszę się przyjrzeć uważnie:

Typowe walijskie widoczki:


Walijski cmentarz i kościółek:

Przejechałem się kawałek przez Snowdonię - to taka bardzo urocza część w północnej Walii.


Potem droga wiodła kawałek nad samym morzem:


I jeszcze jeden walijski kościółek:

I trochę krajobrazów:



Potem wybrałem się w góry. Bardzo fajne miejsce - rzekomo powstały w neolicie krąg z kamieni otoczony innymi górkami.

No i w końcu dotarłem do tej Szkocji. Zgodnie z planem próbowałem jak najwięcej pojeździć po jakiś małych dróżkach.









Później miałem przyjemność zwiedzić zamek Dunrobin. Nie będę się rozpisywał, przeurocze miejsce.

Potem postanowiłem wybrać się na samą północ Brytanii (mam na myśli mainland). Okazało się, że inni motocykliści też wpadli już na ten pomysł. Ponadto znów akurat mój motocykl (w okazałym towarzystwie beemek, triumphów i innych ktm-ów) wzbudził największe zainteresowanie. A może to chodzi o mój sposób mocowania bagażu? Właściciel nówki GSa 1200 powiedział:
-What you have is a real bike. What we have is just toys.

A więc to jest Dunnet Head - taki po prostu Szkocki Nordkapp, o!
Najbardziej wysunięte miejsce na północ.

Generalnie pogoda się popsuła.
Było zimno, mokro, wietrznie, paskudnie.
Podczas przejazdu przez góry ulewa (połączona z wichurą) była już tak absurdalna, że wykraczała poza granice śmiechu z rozpaczy. Niemniej widoczki piękne.

To był po prostu idiotyzm.
Koniec z tym.
Stwierdziłem, że to chyba już nadeszła pora, by zdziadzieć i kupić samochód, a XTka postawić obok kominka.
Tyle tylko, że ja nie mam kominka, a na samochód mnie nie stać.

Do domu było ponad 800km, ale pocisnąłem już jednym ciągiem, z czego większość w ulewie. W zasadzie byłem tak wściekły, że w głowie nawet zacząłem układać tekst do ogłoszenia o sprzedaży XTka. Trudno. Kij z sentymentami. Może jednak nie objadę świata motocyklem. Może nie kupię Afryki czy innego 1190. Wydaje mi się, że powrócę do filatelistyki i numizmatyki - te światy też obfitują w emocje.

Nieco otrzeźwiałem dopiero w momencie, kiedy stwierdziłem, że przecież nikt normalny nie kupi motocykla o przebiegu ponad 180 tysięcy km.

A do reszty się uspokoiłem, kiedy na ostatnie dwie godziny drogi zrobiło się ciepło, sucho, bezwietrznie i w ogóle przyjemnie.

Wówczas zdawało mi się, że załadowany bagażem XTek pędzący nocą po autostradzie z prędkością 90-100km/h starał mi się pokazać, że jednak - mówiąc nieco sztampowo - w życiu liczą się chwile.

Mam nadzieję, że wkrótce znów się tam wybiorę!

Przejechane 2565km w 5,5 dnia.

2 komentarze:

  1. Fajne zdjęcia i fajna wyprawa Pustynny Dzikusie :-) szacun!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh..też miałam kiedyś taki kryzys na moto wycieczce..pt. pie.. to i następne wczasy będą "all inclusive", no ale to przechodzi:)
    Pozdrawiam, Marta

    OdpowiedzUsuń