niedziela, 28 lipca 2019

..Nordkapp, ujecie czwarte, vol. 2019

 
A było to tak......
Podczas tegorocznego rzucania strzałką w mapę świata nie mogłem się nadziwić - znów wyszedł Nordkapp! No cóż, nie ma co się sprzeciwiać losowi, jedziemy. W dodatku ciągle mam pewien dług w Norwegii, co się zowie Lofoty...

W Dover znów pełno pierdzików różnej maści...

Generalnie plan jest prosty - złapać prom z Hirtshals do Kristiansand. Tak sobie wszystko genialnie ustawiłem, że na przejazd Bristol-Hirtshals (1600km) miałem około 1,5 dnia.....
W Anglii ulewa stulecia, we Francji nawet nie pamiętam, Belgia i Holandia różnie, w kraju, gdzie darmowe kible na stacjach autostradach umarły śmiercią naturalną, było bardzo wietrznie. Ale co tam...

Nocleg w Niemczech....

W Hirtshals w porcie zauważyłem taki oto samochodzik. Domyślam się, że to coś do zadań specjalnych..... tylko jakich?

Tak więc ta oto pływająca puszka miała mnie doprawić do Norwegii i zaoszczędzić mi mnogo kilometrów zamiast przejazdu przez Szwecję. Rejs trwał ponad trzy godziny, nawet była jakaś muzyczka na żywo, ale tak naprawdę z wykończenia całość po prostu przespałem... O północy przybiliśmy do brzegu, potem przez dwie godziny jechałem w koszmarnej ulewie, aż w końcu przestało lać, więc poszedłem spać.

Pierwsze chwile w Norwegii...
 


Po krótkim przejeździe docieram w końcu do Stavanger, gdzie po królewsku zostałem ugoszczony przez Ewelinę! Zostałem tam dwie noce, więc mieliśmy chociaż trochę czasu, by zobaczyć okolicę.

To były zdecydowanie najpiękniejsze chmury podczas tego wyjazdu....







 


Oto i my!

 

A te trzy miecze oznaczają, że po wielu latach Norwegowie w końcu przestali się tłuc między sobą, zaczęli chlać i od tej pory było już dobrze.







Po dwudniowej przerwie w jezdzie siadam na Afryke i jedziemy dalej. Te wodospady zawsze mi sie podobaly, fajne miejsce.










Nastepuje przejazd przez Tindeveien - nigdy mnie tam nie widzieli, ale to byl zdecydowanie najbardziej widokowy punkt tegorocznego wyjazdu.
 
 
 
 
 
 
 
Dwa dni pozniej docieram do Steinkjer, gdzie po krolewsku ugoscili mnie tym razem moj Wrog oraz Per Sigurd.

 
 Nazajutrz wyjezdzam z rana, by zlapac wieczorem prom z Bodo (z przekreslonym drugim 'o').
Po kilkugodzinnym rejsie na Lofoty udaje sie na wstepny rekonesans. Nieraz stwierdzam, ze to bajkowe miejsce i chyba mialem szczescie, ze pogoda dopisala - domyslam sie, ze tutaj czesto szaleja wichury.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Po Lofotach pognalem na polnoc. Po prostu na polnoc.
 


 
Po setkach km docieram w koncu na skraj Europy. Przyznaje, ze pogoda strasznie sie zalamala i ostatnich 200-300km to dramat. Nie wiem, czy doswiadczylem wczesniej takiej wichury. Ostatnie dziesiatki km to juz walka o przetrwanie. Nawet mnie zatrzymala policja za zbyt wolna jazde, a podczas powrotu wiatr mnie doslownie zdmuchnal i rozkraczylem sie na drodze. Oprocz rysy na honorze (wszak to piewsza gleba od lat) niewielkie rysy na handbarze i gmolach.
 
 
 
Prosze docenic, ze narazalem swoje i Afryki zycie tylko po to, by pstryknac fotke pod globusem. A tak w ogole byly tam ze 2-3 stopnie nad zerem. Jeszcze nigdy nie doswiadczylem tam takiego zimna.

 
Podczas powrotu przez Finlandie trafil sie piekny zachod slonca. Wiatr ucichl, znow bylo pieknie.
 
 
W Szwecji zatrzymalem sie na chwile w Uppsali. Pozniej pogoda sie popsula, wiec skrocilem zwiedzanie tego uroczego miasteczka.
 
 
 
Jeden z ostatnich noclegow na zadupiu...
 
Na zakonczenie (w ramach programu 'Zwiedzamy kraje, a nie tylko przejezdzamy przez nie') zatrzymalem sie w Brugge. Super urocze miasteczko. Upaly jednak nie zachecaly do pozostania tam na dluzej, wiec pozniej szybko sie zwinalem.
 
 
 

Dojazd do domu to juz tylko formalnosc. Lacznie tego wyszlo 8424km, a finansowo jakos smiesznie tanio (lub cos zle licze). Skandynawia znow zachwyca. Mysle, ze jak juz mi sie kiedys Anglia znudzi, to.......

PS: Widzialem o wiele wiecej fajnych miejsc i poznalem sporo fajnych ludzi.... jednak z racji wieku i lenistwa nie zawsze chcialo mi sie wyciagac aparat, takze ten....